niedziela, 12 lipca 2026

Babant lipcowy - weekend 2

Drugi lipcowy weekend nad Babantem upłynął pod znakiem wietrznej i zmiennej pogody, choć i tak nie było najgorzej, bo przed weekendem przeszły nad północną Polską bardzo mocne wichury, które spowodowały sporo zniszczeń, szczególnie nad morzem. Tym razem jechałem na Mazury sam. Dojechałem na miejsce już o 16:00, a dopiero po mnie przyjechała Patka z Piotrkiem, a jeszcze później, bo dopiero późnym wieczorem, przyjechała Marta z Jarkiem. Wieczorem odwiozłem Patkę na imprezę do Kozłowa, a potem oczywiście oglądałem ćwierćfinał MŚ w piłce nożnej. Hiszpania wygrała z Belgią 2:1. Po meczu posiedziałem jeszcze chwilę przy ognisku u Bogobowiczów, a o północny pojechałem przywieźć Patkę z Kozłowa. Po drodze widzieliśmy dwa małe liski i chyba sarenkę. A o świcie nad jeziorem zalegała mgła. Udało mi się nawet zrobić kilka zdjęć, gdy obudziłem się na sikanie.

W sobotę obudziłem się późno, bo dopiero po 11. Oczywiście wykąpałem się w jeziorze, mimo że woda była dużo zimniejsza niż w zeszły weekend. Już wczoraj po południu miałem duży problem, żeby się w niej zanurzyć. Cała sobota upłynęła pod znakiem pochmurnej pogody. Wieczorem, gdy chcieliśmy ponownie zasiąść do ogniska, zaczęło padać. Zdążyliśmy posiedzieć ledwie kilkanaście minut i musieliśmy schować się do przedsionka, gdzie Patka przygotowała dla nas wszystkich pyszną, mięsną kolację z grilla. Po kolacji zostało jeszcze sporo czasu do kolejnego meczu. Ponieważ przyjechał Mikołaj, to poszedłem go odwiedzić. Spędziłem u niego ponad 2 godziny. Dzięki temu nie zasnąłem przed meczem, który oglądałem tym razem z Jarkiem. Po niezbyt ciekawym meczu z dogrywką Anglia wygrała z Norwegią 2:1. Po meczu poszedłem spać, a rano dowiedziałem się od Jarka, że o 3:00 był kolejny mecz - Argentyny ze Szwajcarią, którego nie obejrzałem, bo byłem przekonany, że będzie on dopiero w niedzielę wieczorem. Nie wiem jak ja mogłem to przeoczyć – przecież mam wydrukowaną całą rozpiskę z datami i godzinami wszystkich meczów. W każdym razie Argentyna pokonała Szwajcarię 3:1, również po dogrywce. W niedzielę znów obudziłem się późno, znów poszedłem się wykąpać do jeziora, a potem spędziłem ostatnie godziny przed wyjazdem z Dziadurkami i u Mikołaja. Do Warszawy dojechałem po 18:00. 

niedziela, 5 lipca 2026

Babant lipcowy - weekend 1

To mój drugi w tym roku weekend nad Babantem, nie licząc naszego zimowego wypadu. Pojechała ze mną też Ula. Tym razem nie musiałem się martwić o nocleg, bo przyczepa już stoi na polu. Natomiast musiałem kupić po drodze akumulator, żeby móc na spokojnie oglądać mecze Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Po fali upałów, która przetoczyła się w ostatnich dniach przez Polskę, pogoda w weekend nie była najlepsza. Przede wszystkim wiał bardzo silny wiatr. Padał też przelotny deszcz, choć w piątek i sobotę nie było go zbyt wiele. Za to woda w jeziorze była wyjątkowo ciepła i było w niej cieplej niż na zewnątrz. Z piątku na sobotę oglądałem 3 mecze, które trwały aż do 5:30 rano. W związku z tym w sobotę odsypiałem aż do godziny 12:30. Od razu po obudzeniu się poszedłem wykąpać się do jeziora. A po południu jadłem z Ulą, przygotowany przez nią obiad – kluski z tuńczykiem. Po obiedzie zobaczyliśmy, że dzikie drzewa czereśniowe rosnące na polu namiotowym wyjątkowo w tym roku obrodziły i nikt jeszcze nie zdążył ich zebrać. Wziąłem więc od Hani drabinę i nazbieraliśmy mnóstwo pysznych czereśni, które później sobie jadłem oglądając mecze.

Według prognoz w niedzielę rano miał zaczął padać deszcz, ale do 14:00 nie padało, choć niebo było raczej zachmurzone. Po obudzeniu się poszedłem oczywiście do jeziora wykąpać się. Około 14:00 rzeczywiście zaczęło padać, choć nie był to jakiś wielki deszcz. Do Warszawy ruszyliśmy około godziny 14:30. Wracała z nami również Teresa. Dopiero w drodze do Warszawy dopadł nas deszcz i towarzyszył nam prawie do samej warszawy. Momentami padało bardzo intensywnie, ale udało nam się bezpiecznie i bez większych przeszkód dotrzeć do domu.

wtorek, 30 czerwca 2026

Wizyta u Moniki

Odkąd odeszła od nas Monika, mamy taką tradycję, że każdego roku po zakończeniu roku szkolnego, wybieramy się grupką nauczycieli, żeby odwiedzić Jej grób w Muszakach oraz Jej rodziców w Więckowie. Wiemy, że rodzice Moniki bardzo czekają na ten dzień i zawsze przygotowują dla nas obiad oraz pyszne ciasta. Tak się złożyło, że przez ostatnie 2 lata nie mogłem pojechać na grób Moniki. Dwa lata temu miałem jechać, ale dosłownie dzień przed podróżą zachorowałem na półpasiec i musieli jechać beze mnie. Natomiast w zeszłym roku nie byliśmy w ogóle. Tym razem dlatego, że rodzice Moniki musieli być na badaniach poza swoim domem.

W tym roku w końcu udało mi się pojechać. Pojechaliśmy na dwa samochody. Ze mną jak zwykle jechali Robert, Inga, Kasia i Lidka, a drugim samochodem Renia i Iwonka. Na cmentarz zajechaliśmy przed południem. Po zapaleniu zniczy, położeniu na grobie kwiatów oraz chwili zadumy pojechaliśmy do rodziców Moni. Wiedzieli o tym, że już jesteśmy, bo zadzwonił do nich ksiądz, który widział nas przy cmentarzu. Tata Moniki czekał już na nas przed domem. Zostaliśmy ugoszczeni pysznym żurkiem, mięsnym drugim daniem z dodatkami oraz ciastem i czereśniami. Po obiedzie był jak zwykle czas na chwilę rozmowy i wspomnień. To już prawie 7 lat odkąd odeszła od nas Monia...

Wracając jak zwykle zatrzymaliśmy się w zajeździe w Romanach-Seborach. Tym razem jednak nie jedliśmy obiadu, bo byliśmy pełni po obiedzie. Wypiliśmy za to kawę i zjedliśmy ciastka oraz lody. Do Warszawy wróciliśmy późnym popołudniem.