To mój drugi w tym roku weekend nad Babantem, nie licząc naszego zimowego wypadu. Pojechała ze mną też Ula. Tym razem nie musiałem się martwić o nocleg, bo przyczepa już stoi na polu. Natomiast musiałem kupić po drodze akumulator, żeby móc na spokojnie oglądać mecze Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Po fali upałów, która przetoczyła się w ostatnich dniach przez Polskę, pogoda w weekend nie była najlepsza. Przede wszystkim wiał bardzo silny wiatr. Padał też przelotny deszcz, choć w piątek i sobotę nie było go zbyt wiele. Za to woda w jeziorze była wyjątkowo ciepła i było w niej cieplej niż na zewnątrz. Z piątku na sobotę oglądałem 3 mecze, które trwały aż do 5:30 rano. W związku z tym w sobotę odsypiałem aż do godziny 12:30. Od razu po obudzeniu się poszedłem wykąpać się do jeziora. A po południu jadłem z Ulą, przygotowany przez nią obiad – kluski z tuńczykiem. Po obiedzie zobaczyliśmy, że dzikie drzewa czereśniowe rosnące na polu namiotowym wyjątkowo w tym roku obrodziły i nikt jeszcze nie zdążył ich zebrać. Wziąłem więc od Hani drabinę i nazbieraliśmy mnóstwo pysznych czereśni, które później sobie jadłem oglądając mecze.
Według prognoz w niedzielę rano miał zaczął padać deszcz, ale do 14:00 nie padało, choć niebo było raczej zachmurzone. Po obudzeniu się poszedłem oczywiście do jeziora wykąpać się. Około 14:00 rzeczywiście zaczęło padać, choć nie był to jakiś wielki deszcz. Do Warszawy ruszyliśmy około godziny 14:30. Wracała z nami również Teresa. Dopiero w drodze do Warszawy dopadł nas deszcz i towarzyszył nam prawie do samej warszawy. Momentami padało bardzo intensywnie, ale udało nam się bezpiecznie i bez większych przeszkód dotrzeć do domu.







