Przez
większą część nocy padał dość mocny deszcz i martwiłem się, czy nasza
dzisiejsza wycieczka dojdzie w ogóle do skutku. Na szczęście rano już nie
padało, choć niebo było mocno zachmurzone, ale wycieczka odbyła się według
planu. I mogę już napisać, że to był kolejny cudowny dzień spędzony na
Seszelach. Zacznijmy więc od początku.
Po wczesnym śniadaniu przyjechał po nas do hotelu busik i pojechaliśmy do portu, w którym czekał już na nas katamaran, którym popłynęliśmy zwiedzać wyspy La Digue i Praslin. Dopłynięcie do pierwszej wyspy – La Digue zajęło nam 2 godziny. W czasie rejsu zaczęło się przejaśniać i po pewnym czasie zza chmur zaczęło nieśmiało wychodzić słońce. Ja całą drogę spędziłem na dziobie statku. Zbyt wiele ciekawych rzeczy po drodze nie widziałem. Nie było delfinów, ptaki też nie za bardzo chciały się pokazywać, ale widziałem za to kilka latających ryb. Nawet udało mi się je w miarę dobrze uchwycić na zdjęciu.
Po dopłynięciu do portu na wyspie La Digue wsiedliśmy ponownie do busików, którymi dojechaliśmy do L’Union Estate. Jest to historyczno-kulturowy park oraz zabytkowa plantacja, które pełnią funkcję otwartego muzeum na świeżym powietrzu, łącząc w sobie dziedzictwo historyczne, lokalną kulturę i naturalne piękno tej części Seszeli. L’Union Estate ma swoje korzenie w XIX wieku jako plantacja kokosa i wanilii, gdzie lokalna społeczność uprawiała te rośliny i produkowała m.in. koprę – wysuszoną część orzecha kokosowego używaną do pozyskiwania oleju. Na terenie parku znajduje się m.in. oryginalny tradycyjny młyn do produkcji oleju kokosowego. W sercu kompleksu stoi Plantation House, piękny drewniany dom w stylu kolonialnym z dachem z trzciny, będący jednym z najstarszych przykładów takiej architektury na Seszelach.
Na terenie L’Union Estate można też zobaczyć stary cmentarz, gdzie spoczywają pierwsi osadnicy La Digue oraz przejść się przez plantacje wanilii i palmy kokosowej, poznając historyczne metody uprawy i zbiorów. Obecnie nie ma sezonu na zbiór wanilii, więc mogliśmy tylko zobaczyć, jak rośnie ta popularna przyprawa. Mogliśmy za to zobaczyć, jak pozyskuje się olej kokosowy, wiórki kokosowe, a także jak produkuje się wino kokosowe. Oprócz pokazu, mogliśmy również spróbować zarówno mleka kokosowego, jak i wiórków kokosowych, powąchać olej kokosowy, a nawet napić się wina kokosowego. A ja zostałem też dodatkowo wybrany z naszej grupy, do samodzielnego rozłupania jednego kokosa i mogłem go sobie potem zabrać jako pamiątkę do Polski.
Jednym z ciekawszych elementów na plantacji jest też wybieg z olbrzymimi żółwiami z Atolu Aldabra, które można obserwować i karmić. Wybieg znajduje się przy ogromnej, granitowej skale. Spacer przez teren plantacji prowadzi w końcu do słynnej plaży Anse Source d’Argent. Plaża należy do terenu plantacji, w związku z czym jest ona jedną z nielicznych plaż na Seszelach, na które wstęp jest płatny, ale jest wliczony w cenę biletu na plantację.
Anse Source d’Argent to jedna z najsłynniejszych i najczęściej fotografowanych plaż świata. Jej niezwykłość wynika z połączenia śnieżnobiałego, drobnego piasku, krystalicznie czystej, płytkiej wody o turkusowych odcieniach oraz monumentalnych, gładkich granitowych głazów, które tworzą charakterystyczny, niemal baśniowy krajobraz. Skały te powstawały przez miliony lat w wyniku erozji i dziś są symbolem całych Seszeli. Dzięki rafie koralowej oddzielającej plażę od otwartego oceanu woda jest tu spokojna i idealna do pływania oraz snorkelingu, co czyni to miejsce bezpiecznym nawet dla mniej doświadczonych pływaków. Anse Source d’Argent zachwyca także zmiennością światła – w zależności od pory dnia kolory piasku, skał i morza przybierają zupełnie inne odcienie, tworząc wyjątkową atmosferę spokoju i egzotyki. To plaża, która łączy naturalne piękno, harmonię krajobrazu i poczucie kontaktu z nieskażoną naturą, dlatego od lat uchodzi za wizytówkę Seszeli i jedno z najbardziej ikonicznych miejsc na Oceanie Indyjskim.
I rzeczywiście plaża jest piękna. Mieliśmy szczęście, bo akurat kiedy na nią dotarliśmy słońce wyszło zza chmur i tylko na krótkie chwile chowało się za nimi. Dzięki temu mogliśmy w pełni podziwiać jej piękno oraz cudowne kolory wody. Na plaży spędziliśmy nieco ponad godzinę. W zasadzie większość czasu robiłem zdjęcia, więc nawet nie miałem czasu się wykąpać, choć i tak prawie cały czas siedziałem w wodzie. Udało mi się nawet zrobić zdjęcia ładnym, kolorowym rybkom, pływającym sobie spokojnie między ludźmi kąpiącymi się w morzu.
Po powrocie na statek popłynęliśmy w kierunku Wyspy Praslin i zatrzymaliśmy się w Zatoce Ste Anne na lunch, który jedliśmy na statku. Po lunchu statek dopłynął do portu i wysiedliśmy na zwiedzanie wyspy. Ponownie wsiedliśmy do busików, które zawiozły na do Vallée de Mai.
Vallée de Mai to wyjątkowy rezerwat przyrody wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest to zachowany w niemal pierwotnym stanie fragment wilgotnego lasu palmowego, który daje wyobrażenie o tym, jak wyglądały Seszele przed pojawieniem się na nich człowieka. Największym skarbem Vallée de Mai jest palma coco de mer (Lodoicea maldivica), wydająca największe nasiona na świecie, o charakterystycznym kształcie, który od wieków rozpalał wyobraźnię żeglarzy i podróżników. To właśnie tu palma ta występuje naturalnie, tworząc gęsty, zacieniony las o niezwykłej atmosferze. Rezerwat jest także ostoją rzadkich gatunków zwierząt, w tym czarnej papugi seszelskiej, symbolu Praslin, oraz wielu endemicznych jaszczurek, owadów i roślin. Spacer po Vallée de Mai przypomina wędrówkę przez naturalną katedrę, w której ogromne liście palm filtrują światło, a ciszę przerywają jedynie odgłosy lasu. To miejsce jest nie tylko przyrodniczym skarbem Seszeli, ale też symbolem ochrony unikalnych ekosystemów, które przetrwały tysiące lat w niemal niezmienionej formie. Podczas wycieczki nasza przewodniczka pokazywała nam czym różnią się od siebie palmy męskie i żeńskie, w jaki sposób i kiedy może dojść do ich zapłodnienia przez owady (lub występujące tu endemiczne gekony) oraz powstania ogromnych nasion, które w niektórych przypadkach mogą osiągnąć wagę nawet… 45 kilogramów(!), a przeciętnie ważą między 15-25 kilogramów. Mogliśmy wziąć do rąk te ogromne i ciężkie kokosy (nasiona). Udało mi się również zobaczyć, a nawet sfotografować (choć zdjęcie nie jest zbyt wyraźne) endemiczną czarną papugę seszelską.
Po wizycie w tym niezwykłym Parku Narodowym pojechaliśmy na kolejną plażę. Tym razem była to, znajdująca się na północy wyspy, plaża Anse Lazio. Była to kolejna już na Seszelach przepiękna plaża, którą odwiedziliśmy. Dziewczyny tym razem odpoczywały sobie w cieniu pod drzewami, a ja prawie przez godzinę bawiłem się w oceanie, na dużych falach. Anse Lazio to kolejna z plaż uznawanych za najpiękniejsze na Seszelach. Ona również jest często wymieniana w rankingach najładniejszych plaż świata. Charakteryzuje się szerokim pasem jasnego, miękkiego i drobniutkiego, prawie białego piasku, który łagodnie opada do krystalicznie czystej wody o intensywnych odcieniach turkusu i błękitu. Plażę otaczają bujne drzewa takamaka i palmy, dające naturalny cień, a na jej krańcach znajdują się charakterystyczne granitowe głazy, typowe dla krajobrazu Seszeli. Dzięki naturalnej osłonie zatoki fale są tu zazwyczaj umiarkowane, co sprzyja pływaniu, a także snorkelingowi.
Wizyta na Anse Lazio była już ostatnim punktem dzisiejszego dnia. Po powrocie do portu wsiedliśmy na nasz katamaran i ruszyliśmy w drogę powrotną na Mahe. Podróż ponownie trwała 2 godziny, a ponieważ z portu na Wyspie Praslin wypłynęliśmy około godziny 17:00, to do Mahe dopłynęliśmy już po zachodzie słońca. Tym razem rejs urozmaiciły nam… chmury oraz przepiękny zachód słońca. Dopływając do Mahe mogliśmy na niebie dojrzeć praktycznie prawie wszystkie rodzaje chmur, jakie mogą występować na niebie. Dodatkowo zachodzące za wyspę słońce stworzyło nam przepiękny spektakl oświetlając na różne kolory niebo i chmury, w związku z czym nie pozostało nam nic innego, jak tylko pstrykać fotki przepięknego zachodu słońca.
Po dopłynięciu do portu w Victorii wsiedliśmy do busika, który przywiózł nas do naszego hotelu. Od razu poszliśmy na kolację, po której jeszcze trochę posiedzieliśmy u nas w pokoju, po czym poszliśmy spać. Jutro jedziemy na kolejną wycieczkę, tym razem bliżej, bo do znajdującego się nieopodal naszej wyspy, jednego z najmniejszych parków narodowych - Morskiego Parku Narodowego Sainte Anne. W związku z tym, że wyjeżdżamy jutro dużo później, to będziemy dzisiaj mogli pospać sobie o wiele dłużej niż wczoraj.