Ostatni dzień naszego spływu rozpoczęliśmy bardzo wcześnie. Pobudka była już o 6.00 rano. Tym razem jednak nie musieliśmy martwić się o deszcz. Od samego rana świeciło słońce. Zabraliśmy się więc za sprzątanie i pakowanie wszystkiego, co jeszcze mieliśmy w namiotach. Namiotów na razie nie składaliśmy – chcieliśmy zostawić je do wysuszenia i wrócić po nie później. Po uporządkowaniu naszych rzeczy zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy pieszo do Kadzidłowa. Droga zajęła nam prawie godzinę. Najpierw musieliśmy przejść przez Uktę drogą wojewódzką, więc trzeba było cały czas uważać na samochody. Później było już spokojniej, bo szliśmy polną drogą, aż w końcu dotarliśmy do Parku Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie.
Byłem tutaj już wcześniej, ale tym razem zobaczyłem coś, czego podczas poprzednich wizyt nie udało mi się zobaczyć. Wilki! Były naprawdę bardzo blisko nas! Po raz pierwszy miałem okazję obserwować je z takiej odległości. Po ostatnich deszczowych dniach Kadzidłowo wyglądało jednak trochę inaczej niż zwykle. Wszędzie było mnóstwo błota i wody. Na niektórych ścieżkach było jej tak dużo, że musieliśmy nawet zdejmować buty, żeby przejść dalej bez zabrudzenia ich błotem. Trochę nietypowa forma zwiedzania parku, ale po tym, ile deszczu spadło w ostatnich dniach, chyba nie powinno nas to specjalnie dziwić.
W parku, oprócz wspomnianych już wilków, widzieliśmy między innymi łosie, osiołki, rysie, jelenie i różne ptaki: sowy, orły, bieliki, białe bociany, czarnego bociana, pawie, żurawie i wiele innych gatunków. Jedną z największych atrakcji podczas zwiedzania Parku Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie jest moment, w którym można karmić zwierzęta, głównie daniele i kozy. Wcześniej kupiłem dzieciom karmę dla nich. W czasie karmienia było mnóstwo śmiechu, zabawy i radości.
Po zwiedzeniu parku ruszyliśmy z powrotem na nasze pole namiotowe. Po drodze dzieci urządziły sobie jeszcze bitwę na rzepy. A właściwie to ja ją zacząłem, rzucając w nich jako pierwszy. Jak łatwo się domyślić, ciężko mi było później wyzbierać z siebie wszystkie rzepy. Dzieciaki musiały mi w tym pomagać... Jak widać, nawet ostatniego dnia nie mogło zabraknąć jakiejś dodatkowej atrakcji.
W Ukcie zatrzymaliśmy się jeszcze na pyszne lody. Zadzwoniliśmy też po Ulę, która została na polu namiotowym i nie poszła z nami do Kadzidłowa. Dzięki temu mogła spokojnie posprzątać i złożyć wysuszone już namioty. Po chwili była już z nami. Zjedliśmy lody, a potem wróciliśmy na pole i mogliśmy przygotować się do ostatniego odcinka naszego spływu. Na wodę wypłynęliśmy po godzinie 13.00. Tego dnia mieliśmy do przepłynięcia już tylko około 8 kilometrów – z Ukty do Nowego Mostu. Przy stanicy w Ukcie, nad rzeką, czekali na nas rodzice Wiktora, którzy przyszli się z nami przywitać.
Pogoda była dzisiaj całkiem ładna. Po wszystkich deszczach i wichurach, które mieliśmy po drodze, słońce i spokojna woda były bardzo miłym zakończeniem naszej kajakowej przygody. Płynęliśmy więc spokojnie, tym razem bez żadnej przerwy po drodze, ciesząc się ostatnimi kilometrami spływu.
W końcu dopłynęliśmy do Nowego Mostu. I tutaj czekała na nas bardzo miła niespodzianka. Na moście stali już czekający na nas rodzice z własnoręcznie przygotowanym transparentem: BRAWO META! Po przepłynięciu blisko 100 kilometrów zakończyliśmy spływ. Za mostem dopłynęliśmy do brzegu i wyciągnęliśmy kajaki z wody oraz zaczęliśmy pakować cały nasz dobytek. Większość naszych rzeczy trafiła do samochodu Krzyśka, taty Kai, który przyjechał po nas. Po chwili pojawił się również samochód z bazy firmy As-Tour w Krutyni, który przyjechał odebrać nasze kajaki i osprzęt do nich. Dzieci wsiadły do samochodu z Krzyśkiem, a ja z Ulą wróciliśmy samochodem z kajakami do Krutyni. Tam wsiedliśmy już do mojego samochodu i wszyscy razem ruszyliśmy w drogę do Warszawy.
Ale zanim wróciliśmy do domu, była jeszcze jedna atrakcja. Obiecałem dzieciom, że po zakończeniu spływu pojedziemy jeszcze do McDonald'sa na ostatni wspólny „obiad”. Najbliższy Mac był w Piszu, więc właśnie tam skierowaliśmy nasze samochody. Obietnica została spełniona. Zjedliśmy nasz ostatni wspólny posiłek podczas spływu i ruszyliśmy dalej, prosto do Warszawy. Pod szkołą byliśmy dokładnie o 21.00. Rodzice już na nas czekali. Po dziewięciu dniach wspólnej wyprawy przyszedł więc czas na pożegnanie. Na sam koniec dostaliśmy z Ulą od rodziców jeszcze bardzo miły upominek. Było to naprawdę sympatyczne podsumowanie całej naszej wyprawy i miły gest na zakończenie. Pożegnaliśmy się z dziećmi, a ja odwiozłem jeszcze Ulę do domu. I tak zakończył się nasz dziewięciodniowy spływ kajakowy.
Za nami ponad tydzień wspólnego życia na kajakach. Kilkadziesiąt kilometrów Krutyni, noce w namiotach, kąpiele w jeziorach, przenoski, zwalone drzewa, ulewy, burze i silny wiatr. Były dni, kiedy słońce grzało tak, że najchętniej nie wychodziłoby się z wody, ale były też takie, kiedy wszystko było mokre, wilgotne i trzeba było po prostu jakoś przetrwać. Było zmęczenie, suszenie ubrań, noszenie kajaków, szukanie suchego miejsca pod drzewami i kilka sytuacji, w których naprawdę trzeba było się nieźle nagimnastykować. Ale były też ogniska, wspólne gotowanie i jedzenie, wieczorne rozmowy, kąpiele w jeziorach, śmiech z rzeczy, które w normalnych warunkach pewnie wcale nie byłyby śmieszne. I były te wszystkie małe chwile, które z czasem pewnie okażą się ważniejsze niż pokonane kilometry. Bo przez tych kilka dni stworzyliśmy sobie mały świat, w którym nie było szkoły, codziennych obowiązków i pośpiechu. Były kajaki, namioty, las, woda i ludzie, z którymi trzeba było dzielić wszystko – miejsce przy ognisku, ostatnie suche ubrania, jedzenie, zmęczenie, dobry humor, a czasami również problem, z którym trzeba było wspólnie sobie poradzić. I chyba właśnie wtedy, w tych najtrudniejszych momentach najbardziej widać, że jesteśmy zgraną ekipą. Kiedy trzeba było przenieść kajaki – przenosiliśmy. Kiedy zaczynała się ulewa – szukaliśmy schronienia. Kiedy coś nie wychodziło – kombinowaliśmy razem jak sobie z tym poradzić. A kiedy wreszcie wychodziło słońce, można było się z tego wszystkiego po prostu śmiać.
Dzisiaj pozostały nam zdjęcia, wspomnienia i historie, które pewnie jeszcze długo będą wracać przy różnych okazjach. Zostały też pewnie trochę obolałe mięśnie i świadomość, że nie wszystko poszło dokładnie tak, jak planowaliśmy. Ale przecież właśnie dlatego ten spływ był dla nas wszystkich prawdziwą przygodą. Było mokro. Było zimno. Było momentami naprawdę ekstremalnie. Były chwile zmęczenia, zwątpienia i takie, w których człowiek miał już serdecznie dość kolejnego kilometra. A jednak, gdy wszystko się skończyło, najłatwiej powiedzieć tylko jedno: Było naprawdę super! I chyba właśnie o to chodziło. Bo za jakiś czas pewnie nie będziemy już pamiętać, ile dokładnie kilometrów przepłynęliśmy. Nie będziemy pamiętać, którego dnia padało najmocniej ani ile razy trzeba było wyciągać kajaki z wody i je przenosić. Ale będziemy pamiętać, że przez dziewięć dni byliśmy razem gdzieś pomiędzy jeziorami, lasem i Krutynią. Że spaliśmy w namiotach, pływaliśmy, marzliśmy, mokliśmy, śmialiśmy się, gotowaliśmy, pomagaliśmy sobie i przeżyliśmy ze sobą kilka takich chwil, których na pewno nie zapomnimy do końca życia!
