Drugi lipcowy weekend nad Babantem upłynął pod znakiem wietrznej i zmiennej pogody, choć i tak nie było najgorzej, bo przed weekendem przeszły nad północną Polską bardzo mocne wichury, które spowodowały sporo zniszczeń, szczególnie nad morzem. Tym razem jechałem na Mazury sam. Dojechałem na miejsce już o 16:00, a dopiero po mnie przyjechała Patka z Piotrkiem, a jeszcze później, bo dopiero późnym wieczorem, przyjechała Marta z Jarkiem. Wieczorem odwiozłem Patkę na imprezę do Kozłowa, a potem oczywiście oglądałem ćwierćfinał MŚ w piłce nożnej. Hiszpania wygrała z Belgią 2:1. Po meczu posiedziałem jeszcze chwilę przy ognisku u Bogobowiczów, a o północny pojechałem przywieźć Patkę z Kozłowa. Po drodze widzieliśmy dwa małe liski i chyba sarenkę. A o świcie nad jeziorem zalegała mgła. Udało mi się nawet zrobić kilka zdjęć, gdy obudziłem się na sikanie.
W sobotę obudziłem się późno, bo dopiero po 11. Oczywiście wykąpałem się w jeziorze, mimo że woda była dużo zimniejsza niż w zeszły weekend. Już wczoraj po południu miałem duży problem, żeby się w niej zanurzyć. Cała sobota upłynęła pod znakiem pochmurnej pogody. Wieczorem, gdy chcieliśmy ponownie zasiąść do ogniska, zaczęło padać. Zdążyliśmy posiedzieć ledwie kilkanaście minut i musieliśmy schować się do przedsionka, gdzie Patka przygotowała dla nas wszystkich pyszną, mięsną kolację z grilla. Po kolacji zostało jeszcze sporo czasu do kolejnego meczu. Ponieważ przyjechał Mikołaj, to poszedłem go odwiedzić. Spędziłem u niego ponad 2 godziny. Dzięki temu nie zasnąłem przed meczem, który oglądałem tym razem z Jarkiem. Po niezbyt ciekawym meczu z dogrywką Anglia wygrała z Norwegią 2:1. Po meczu poszedłem spać, a rano dowiedziałem się od Jarka, że o 3:00 był kolejny mecz - Argentyny ze Szwajcarią, którego nie obejrzałem, bo byłem przekonany, że będzie on dopiero w niedzielę wieczorem. Nie wiem jak ja mogłem to przeoczyć – przecież mam wydrukowaną całą rozpiskę z datami i godzinami wszystkich meczów. W każdym razie Argentyna pokonała Szwajcarię 3:1, również po dogrywce. W niedzielę znów obudziłem się późno, znów poszedłem się wykąpać do jeziora, a potem spędziłem ostatnie godziny przed wyjazdem z Dziadurkami i u Mikołaja. Do Warszawy dojechałem po 18:00.