
Podobnie jak wczoraj po południu dziewczyny również i dzisiaj wolały zostać w hotelu. W związku z tym, na cały dzień dalszego
zwiedzania wyspy Mahé pojechałem sam. Tak jak napisałem w tytule, dzisiaj starałem
się zobaczyć wszystkie najciekawsze miejsca na wyspie, których do tej pory
jeszcze nie widziałem.






Zacząłem
od najdalej na południe wysuniętej plaży na Mahe – Police Bay Beach. Jest to
jedna z najbardziej dzikich i surowych plaż na wyspie, położona na
południowo-wschodnim krańcu wyspy, z dala od kurortów i zabudowań. Do plaży nie
ma bezpośredniego dojazdu. Trzeba zostawić samochód wcześniej, najlepiej gdzieś
przy plaży Petite Police Beach i dalej iśc kilka minut pieszo. Plaża jest
rozległa, szeroka, z jasnym piaskiem i potężnymi falami Oceanu Indyjskiego. Przede
wszystkim dla tych fal chciałem dzisiaj na nią pojechać i nie zawiodłem się. Większość
przewodników podaje, że względu na silne prądy i wysokie fale kąpiel w morzu
jest tu bardzo niebezpieczna, dlatego miejsce to nie nadaje się do pływania, choć
idealnie sprawdza się na spacery, fotografowanie i podziwianie natury. Dla mnie
tutejsze potężne fale były znakomite i świetnie się w nich bawiłem, ale trzeba
przyznać, że kilka razy nieźle mną pomiotało. Plaża była niemal pusta. W oddali
po prawej stronie było kilku ludzi, przez moment obok mnie plażowała rodzina z
małym dzieckiem, a z kolei po lewej stronie na falach próbowali swoich sił
surferzy.








Okolica
plaży jest niemal zupełnie nietknięta przez człowieka, a krajobraz wokół tworzą
wzgórza porośnięte tropikalną roślinnością, wiatr, otwarty ocean i absolutna
cisza. Police Bay to plaża dla osób, które chcą zobaczyć bardziej surową,
nietkniętą i dziką stronę Seszeli oraz poczuć prawdziwą przestrzeń. Dodatkowo
przy plaży znajduje się też niewielkie, ładne jeziorko położone pośród palm
kokosowych i porośnięte gęstą roślinnością wodną. Sceneria wokół jeziorka jest
naprawdę wyjątkowa. Widziałem nawet dwa kajaki, którymi pływali sobie ludzie po
tym jeziorku. Wracając do samochodu przeszedłem sobie jeszcze po skałkach,
które wyłoniły się podczas odpływu, na plaży Petite Police Beach.






Kontynuując
moją dzisiejszą wycieczkę pojechałem w kierunku północnym, tym razem jadąc zachodnią
stroną wyspy. Następnym przystankiem była plaża Petite Anse. Po drodze na nią wziąłem autostopowiczów - francuskie małżeństwo, z którym sobie trochę porozmawiałem. Od nich dowiedziałem się między innymi, że basen Rock Pool na plaży Anse Takamaka jest obecnie pusty (bez wody), więc nie straciliśmy wiele, że do niego w środę nie doszliśmy. Plaża położona
jest na terenie luksusowego kurortu Four Seasons Resort. Petite Anse to
przepiękna, piaszczysta zatoka. Zauważyłem, że już po raz kolejny piszę, że
jakaś plaża jest przepiękna, ale naprawdę tutaj na Seszelach mało co nie jest
przepiękne! Tak więc plaża ta, jest jedną z najbardziej malowniczych na wyspie
– rozciąga się w łagodnym, podkowiastym wybrzeżu z białym, drobniutkim piaskiem
i krystalicznie czystą, turkusową wodą, którą otaczają naturalne granitowe
skały oraz bujna tropikalna zieleń. Dzięki położeniu w osłoniętej zatoce wody
przy brzegu są zwykle spokojniejsze niż na wielu innych plażach Mahé.










Jak
już pisałem wcześniej, plaża ta jest częścią terenu resortu Four Seasons i
chociaż goście ośrodka mają dostęp do pełnej infrastruktury (leżaki, parasole,
restauracje, usługi plażowe, prysznice), to także osoby niezakwaterowane mogą
wejść na Petite Anse, parkując przy wejściu do resortu, rejestrując się u
ochrony i schodząc pieszo w dół. Dodatkowo dostałem jeszcze żółtą gumową opaskę
dla gości z zewnątrz na rękę. Tym razem po zejściu na plażę nie kąpałem się w
oceanie, tylko przeszedłem się wzdłuż po całej plaży, robiąc na niej zdjęcia.








Po
powrocie do samochodu pojechałem dalej na północ wyspy, tym razem zobaczyć Baie
Ternay Beach. Plaża ta, to jedna z najbardziej dzikich plaż na wyspie Mahé,
położona na terenie Baie Ternay Marine National Park. Otacza ją gęsta,
tropikalna roślinność i wzgórza, dzięki czemu miejsce sprawia wrażenie
odciętego od cywilizacji i bardzo spokojnego. Plaża jest niewielka, kameralna i
znacznie mniej uczęszczana niż inne popularne zatoki w okolicy, co czyni ją
idealnym wyborem dla osób szukających ciszy i kontaktu z naturą. Woda w zatoce
jest zazwyczaj spokojna, a przy odpowiednich warunkach przejrzysta, jednak
głębokość szybko się zmienia w zależności od pływów. Baie Ternay jest
szczególnie ceniona za snorkeling, ponieważ leży w obszarze chronionym, gdzie
występuje bogate życie morskie – można tu spotkać kolorowe ryby, żółwie, a
czasem także małe rekiny rafowe. Najlepsze warunki do snorkelowania są przy
średnim lub wysokim stanie wody oraz przy bezwietrznej pogodzie.






Niestety
ja byłem dzisiaj na plaży podczas odpływu, więc niewiele udało mi się zobaczyć.
Co prawda wziąłem maskę, żeby „coś” pooglądać w wodzie, ale nie dość, że
musiałem przejść po odpływowej plaży kilkaset metrów, żeby dojść do głębszej
wody, to jeszcze na dodatek woda była tam bardzo mętna i prawie nic nie było w
niej widać. Pokąpałem się więc kilka minut i wróciłem do samochodu. Dobrze, że
chociaż mogłem zaparkować samochód prawie przy samej plaży, bo wszystkie
przewodniki i opisy w internecie sugerowały, że da się dojechać tylko do
pewnego momentu, a potem do plaży trzeba dojść około 5-10 minut pieszo.








Na
koniec dzisiejszego dnia zostawiłem sobie wejście na szczyt Morne Blanc. Szlak ten
to jeden z najfajniejszych i najbardziej „opłacalnych” szlaków na Mahé, bo w
krótkim czasie daje naprawdę spektakularne widoki. Zaczyna się przy Sans Souci
Road, w samym sercu wyspy. Na początku idzie się przez gęsty, wilgotny las
mgielny. Jest tu dużo paproci, mchu, ogromnych drzew i wilgoci, która daje charakterystyczny,
tropikalny zapach. Od początku idzie się lekko pod górę po kamiennych
stopniach, które kiedyś zbudowano pod plantacje herbaty – dzięki temu trasa
jest wyraźna, ale bywa śliska, zwłaszcza po opadach. Dzisiaj na szczęście była
dość sucha, ale za to nie było widać efektu mgły, który często towarzyszy turystom
podczas podróży na szczyt w wilgotniejsze dni.










Całe
podejście zajmuje około 45 minut, więc nie jest bardzo długie, ale za to bardzo
strome. Warto mieć buty z dobrą podeszwą i zapas picia. Im wyżej, tym las robi
się rzadszy i zaczynają się pojawiać pierwsze przebłyski oceanu między
drzewami. Na końcu czeka na turystów niewielka platforma widokowa. I to jest właśnie
ten moment „wow”. Z punktu widokowego roztacza się przepiękna panorama na
prawie całe zachodnie wybrzeże Mahé, zatoki, rafę, a przy dobrej pogodzie nawet
sąsiednie wyspy. Często zdarza się, że chmury przepływają poniżej punktu
widokowego, więc ma się wrażenie, że stoi się nad nimi. Dzisiaj akurat chmur
nie było wcale.






Na
szlak najlepiej iść rano lub późnym popołudniem, bo jest wtedy jest chłodniej i
jest większa szansa na czyste niebo. Morne Blanc to jedno z najlepszych miejsc
na zrobienie spektakularnych zdjęć i panoram. Powrót do samochodu zajął mi o
wiele mniej czasu niż wejście na szczyt. Ciekawostką jest to, że po drodze na
górę, jak i później w dół, udało mi się zobaczyć i nawet zrobić zdjęcia tenrekowi,
choć zanim tego nie sprawdziłem w internecie, to myślałem, że to był jeż. Bo tenrek
wygląda jak mały jeż, ale nie jest jeżem i w ogóle nie jest z nim blisko
spokrewniony. Zwierzęta te pochodzą z Madagaskaru i zostały sprowadzone na
Seszele wiele lat temu. To spory, krępy ssak z kolcami na grzbiecie i bokach, z
długim ryjkiem i krótkimi nogami. Dorosły osobnik może być wielkości małego
kota, co wielu ludzi bardzo zaskakuje. Prowadzą głównie nocny tryb życia, więc
najczęściej widać je wieczorem, w nocy albo po deszczu, gdy wychodzą na drogi i
pobocza. Jedzą wszystko, co znajdą: owady, robaki, ślimaki, owoce, czasem
resztki jedzenia. Często kręcą się przy ogrodach, hotelach i śmietnikach, ale
też w lasach i w pobliżu strumieni. W dzień zwykle chowają się w norach albo
gęstej roślinności. Ciekawostką jest to, że tenreki potrafią wydawać dźwięki
przez pocieranie kolców o siebie – coś jak ciche ćwierkanie albo trzaskanie. To
dość rzadkie w świecie ssaków i brzmi bardzo nietypowo, jeśli usłyszy się to w
nocy w lesie.








Wracając
do hotelu, nawigacja poprowadziła mnie inną drogą niż ostatnio. Jechałem przez
góry, przez co droga była o wiele krótsza i ciekawsza widokowo. Przed samym
hotelem zatankowałem paliwo, żebym nie musiał robić tego jutro rano. Jak się
okazało bardzo dobrze zrobiłem, bo samochód oddaliśmy jeszcze dzisiaj wieczorem,
zamiast jutro rano. I nam i wypożyczalni było to na rękę. Po kolacji znów
posiedzieliśmy trochę w hotelowym barze przy muzyce granej przez DJ‑a. To był
niestety już nasz ostatni wieczór na Seszelach. Jutro wracamy już do Polski,
ale jeszcze rano, po śniadaniu, mam zamiar ostatni raz wykąpać się w Oceanie
Indyjskim!