Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kutaisi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kutaisi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Gruzja i Armenia - dzień 9 i 10

Dzień 9


Tego dnia musieliśmy wstać bardzo wcześnie. Czekała nas długa, dwuczęściowa droga w góry Kaukaz, do Mestii. A po drodze mieliśmy jeszcze troszkę do zobaczenia. Erewań pożegnał nas pięknym widokiem na Ararat. Po około godzinnej jeździe dotarliśmy nad Jezioro Sevan - największe jezioro w Armenii. Na pomoście zjedliśmy prowiantowe śniadanie a ja, jako jedyny z naszej grupy wykąpałem się w jeziorze. Jak na jedno z najwyżej na świecie położonych jezior (ponad 1950 m n.p.m.) woda była zaskakująco ciepła. Miała na pewno ponad 20 stopni. Gdy weszliśmy na wzgórze (a w zasadzie na dawną wyspę o nazwie Sevan), na którym znajduje się monastyr Sevanavank, zegarek P. wskazał nam wysokość 1972 m n.p.m.. Po przekroczeniu gór zatrzymaliśmy się w miejscowości Sanahin (to właściwie dzielnica przemysłowego miasta Alaverdi), w której znajduje się wpisany na listę UNESCO kościół z około X wieku. P. - nasz kolega doktor, wykładający historię sztuki powiedział nam, że to prawdziwa perełka! Niedługo potem przekroczyliśmy granicę i pojechaliśmy już prosto w stronę Kutaisi. Po drodze, w okolicach stolicy zatrzymaliśmy się tylko na obiad. Noc spędziliśmy w tym samym domu co pierwszego dnia. Oczywiście zjedliśmy kupionego wcześniej arbuza :) i wypiliśmy "grupową" wódkę.

Dzień 10

Pierwsza część dnia to kontynuacja drogi do Mestii. Gdy tylko wjechaliśmy w góry zaczęły się piękne, czasem groźne widoki. Najpierw jechaliśmy dość długo brzegiem sztucznego zbiornika Jvari nad rzeką Enguri, a następnie wzdłuż stromych i urwistych skał kanionu rzecznego. Momentami droga była zniszczona przez spływające po niej z gór strumyki oraz spadające na nią skały. Na szczęście była przejezdna.

Po dojechaniu na miejsce i rozlokowaniu się w pokojach zrobiłem sobie krótki, około półgodzinny spacer po uroczym miasteczku. Po obiedzie chętni wybrali się na spacer do lodowca Ushba (Uszba), a w zasadzie do jego jęzora, który spływał do pięknej doliny. Widok był nieziemski! Ale najpierw musieliśmy przejść długą, dość monotonną drogą do wiszącego nad rzeką mostka. Przed samym mostkiem złapał nas deszcz, na szczęście był to taki przyjemny, ochładzający w upale i tylko kilkuminutowy deszczyk. Z mostka droga prowadziła dość ostro pod górę, po lesie i wzdłuż potoku. W końcu las się skończył i ukazał się piękny widok na lodowiec i jego jęzor. Po ogromnym głazowisku doszliśmy pod samą bramę lodowcową, z której wypływał duży potok. Lód na dole był brudny, a do potoku z góry, co jakiś czas spadały wcale niemałe kamienie, więc musieliśmy być naprawdę czujni, żeby żadnym z nich nie oberwać! Po zrobieniu sobie sesji zdjęciowej ruszyliśmy w drogę powrotną. A wieczorem poszliśmy jeszcze do miasteczkowej knajpki.

sobota, 9 sierpnia 2014

Gruzja i Armenia - dzień 1


Wczoraj wróciłem z wyprawy po Gruzji i Armenii, na której byłem wraz z ludźmi z klubu soliści.pl. Miałem szczęście trafić na świetnych ludzi w grupie, dzięki czemu cała wyprawa była wspaniałą przygodą i niezapomnianym przeżyciem! Poniżej relacja dzień po dniu z tego wyjazdu.

Dzień 1

Do Kutaisi przylecieliśmy rano, około 6 czasu miejscowego. Z lotniska, wynajętym busem udaliśmy się do miejsca naszego noclegu - mieszkania sympatycznego G., wzięliśmy szybki prysznic i od razu ruszyliśmy na zwiedzanie miasta i okolic. Zanim jednak zaczęliśmy zwiedzanie udaliśmy się na miejscowy targ, gdzie na śniadanie zjedliśmy chaczapuri - typowo ukraińskie jedzenie, coś przypominającego pizzę, taki gruziński placek na gorąco z serem, fasolą lub mięsem. Kupiliśmy też świeże owoce i picie, bo upał był okropny, i kolejny gruziński specjał - czurczchelę - orzechy zawinięte w wysuszoną masę owocową.

Turystyczne zwiedzanie zaczęliśmy od podjechania do XI wiecznej Katedry Bagrati wpisanej na listę UNESCO. Potem udaliśmy się do Jaskini Prometeusza odkrytej dopiero w 1984 roku a udostępnionej do zwiedzania w 2011. Po jej zwiedzeniu pojechaliśmy do Cziatury - przemysłowego miasta słynącego z wydobycia rud manganu. W trakcie jazdy po raz pierwszy spotkaliśmy na środku drogi przechodzące, stojące lub po prostu leżące i odpoczywające sobie krowy. Nic nie robiły sobie z dużego ruchu na drodze. Byliśmy tym faktem bardzo zdziwieni, ale tylko pierwszego dnia, potem już nawet nie zwracaliśmy na nie uwagi - po prostu to stały element gruzińskiego krajobrazu. A wracając do Cziatury, to w 1954 roku postanowiono zbudować tu cały system kolejek linowych, które miały ułatwiać transport robotników do kopalń w tym górzystym mieście. Kolejki są w, delikatnie mówiąc, złym stanie, ale mimo tego (a może właśnie dlatego) cieszą się dużą popularnością wśród turystów. Mieliśmy przyjemność przejechać się dwoma takimi kolejkami - wrażenia niezapomniane! W mieście kupiliśmy też pierwszego w Gruzji arbuza i zjedliśmy obiad w miejscowej restauracji. Ja niestety nie miałem szczęścia. Nie dość, że dostałem jedzenie jako ostatni, to jeszcze moje mięso okazało się być samym tłuszczem z kośćmi :).

W drodze powrotnej do Kutaisi zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę w Katskhi, gdzie znajduje się klasztor na 40-metrowej skale. Budowla pochodzi ponoć z około VIII wieku i powstała jako twór pogan dla czczenia Boga Płodności (od kształtu skały na której się znajduje :)). Obecnie w klasztorze mieszka mnich i tylko on jeden może wchodzić na szczyt po metalowej drabince. Ostatnim, choć niespodziewanym punktem dnia była wizyta u rodziny naszego kierowcy Edka (którego tak nazwaliśmy bo jego prawdziwe imię było za trudne do zapamiętania). Przywitało nas kilkanaście osób (dorośli i dzieci), poczęstowano winem z domowej winnicy i pysznymi domowymi wypiekami. Oczywiście nie puściliby nas bez wypicia całego wina. Nie wypadało też nie kupić ich wyrobów, w związku z czym na wieczór mieliśmy zapewnione kilkanaście litrów wina! Dodając jeszcze do tego czaczę podarowaną nam przez naszego gospodarza nie muszę pisać, że wieczór zapoznawczy upłynął nam w przyjemnej atmosferze.