Dziś kolejny dzień zwiedzania
wyspy Bohol i jej atrakcji. Tym razem wszyscy jechaliśmy jednym samochodem. Pierwszą
z zaplanowanych atrakcji były, a w zasadzie miały być, kajaki. Gdy dojechaliśmy
na miejsce najpierw okazało się, że nie ma właściciela i trzeba jechać trochę
dalej. Potem znów trzeba było czekać na właściciela. Gdy się już pojawił
powiedział, że godzina kajaków po rzece kosztuje 900 peso filipińskich, czyli ponad
50 złotych. Przy tutejszych cenach ta była monstrualna. W Polsce można
wypożyczyć kajak na cały dzień za dużo mniej i to na dwie osoby. Mimo prób targowania,
gość nie chciał zejść z ceny ani trochę. W związku z tym podziękowaliśmy mu i
poszliśmy z powrotem do samochodu. Tyle było dzisiaj kajaków…


Pojechaliśmy więc na wodospadu
Kawasan. Nasza liderka nie miała informacji czego można się po nim spodziewać,
bo poprzednia grupa tutaj nie była. Na miejscu okazało się, że trafiliśmy do
raju! Gdy zeszliśmy schodkami w dół nad wodospad znaleźliśmy się nagle w innym
świecie. Przepięknie położony w małej dolince wodospad wyglądał cudownie. W dodatku świeciło słońce, a pod wodospadem można było się kąpać. No i byliśmy
tam prawie cały czas sami. Nic więc dziwnego, że spędziliśmy tam około dwóch
godzin. Nie przeszkodziła nam nawet kilkuminutowa ulewa, która przeszła nad
nami. Zresztą zaraz i tak wyszło z powrotem słońce.
Gdy już nacieszyliśmy się
wodospadem ruszyliśmy dalej. Kolejnym punktem na naszej dzisiejszej drodze były
ponownie czekoladowe wzgórza, ale tym razem w innym miejscu wyspy. Widoki znów
były bardzo ładne. Tym razem oprócz „gołych” stożkowatych pagórków widać też
było w oddali morze i wyspę Cebu. Platforma widokowa znajdowała się na szczycie
Sagbayan, gdzie spędziliśmy również około dwóch godzin, bo znajdowała się tu
także restauracja, w której zjedliśmy lunch. Ja wybrałem sobie tym razem zupę
grzybową i nie był to wybór najlepszy. Dostałem ogromny sagan zupy, co najmniej
na 4 osoby. Wszystko byłoby dobrze, gdyby zupa była dobra, ale niestety ani nie
przypominała grzybowej, ani nie była dobra. Grzyba nie było w niej żadnego, bo
aromat był z proszku. Przypominała bardziej rosół z kapustą. Dobrze, że
wcześniej kupiłem sobie w barze bardzo smaczny placek ryżowy i słodką bułkę,
dzięki temu i tak byłem najedzony.










Z czekoladowych wzgórz udaliśmy
się do ostatniej atrakcji dzisiejszego dnia. Wczoraj podziwialiśmy ją od dołu,
ze statku na rzece Loboc, a dzisiaj sami mieliśmy jej wypróbować. Atrakcją tą
był Zipline, czyli ponad 500 metrowa tyrolka, rozwieszona kilkadziesiąt metrów
nad korytem rzeki, pomiędzy dwoma wzgórzami. Trasę pokonuje się w pozycji
leżącej brzuchem w dół, na specjalnej macie, do której podczepia się liny
zabezpieczające. Przejazd trwa około 30 sekund, ale wrażenie jest niesamowite.
Wrócić można tak samo, drugą tyrolką położoną nieco niżej niż pierwsza, lub
specjalnym wagonikiem. Wszyscy z naszej grupy oczywiście wybrali tą pierwszą
opcję! Warto dodać, że atrakcja ta kosztowała nas 400 peso, czyli około 25
złotych od osoby. W porównaniu do ceny zaproponowanej nam rano za kajaki, ani
przez moment nie zastanawialiśmy się czy mamy z niej skorzystać.
Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć
po wrażeniach z „przelotu” nad rzeką Loboc, a już siedzieliśmy z powrotem w
samochodzie, bo zrobiło się późno i trzeba było wracać do hostelu. Dojechaliśmy
na miejsce dokładnie o godzinie 18. Do końca dnia już nigdzie nie wychodziłem. Spakowałem
się dokładnie, bo jutro skoro świt opuszczamy już wyspy Panglao i Bohol i
lecimy z powrotem na Luzon, by tam eksplorować kolejną wyspę. Mamy nadzieję, że
dolecimy bez problemów, bo od kilku dni daje o sobie znać wulkan Mayon, na południowym-wschodzie wyspy Luzon i istnieje niebezpieczeństwo, że wybuchnie, a to mogłoby spowodować wstrzymanie ruchu samolotów nad Filipinami.