niedziela, 4 stycznia 2026

Oman – dzień 1 – przylot do Salalah










Rok 2026 rozpoczynam mocnym akcentem podróżowym. Już na samym początku stycznia wyjechałem, razem z Ulą, na tygodniową wycieczkę objazdową po Omanie. Tym razem, podobnie jak w zeszłym roku do Chin, wycieczkę wykupiliśmy w biurze Rainbow. Lot czarterowy z Warszawy trwał prawie 7 godzin. Wylecieliśmy przed 6 rano. Miałem miejsce przy oknie, więc mogłem robić zdjęcia, a było kilka fajnych widoków. Po wylocie z Warszawy przez długi czas było widać tylko chmury. Dopiero nad Turcją chmury zniknęły i można było zacząć oglądanie widoków za oknem. Mijaliśmy między innymi Wulkan Nemrut (mimo tej samej nazwy, jest to zupełnie inny szczyt niż góra, na której znajduje się słynne stanowisko archeologiczne i na której byłem w czasie wycieczki do Turcji w 2021 roku), Jezioro Van z wyspą Akdamar (którą również zwiedzałem), a w oddali widać było również Ararat. Potem widzieliśmy deltę Eufratu i Tygrysu oraz lecieliśmy nad Zatoką Perską, nad którą widać było z samolotu Kuwejt, a później również Katar i Bahrajn. Później przelatywaliśmy nad Dubajem (niestety z naszej strony nie było widać głównych wysp na jego wybrzeżu), aż w końcu wlecieliśmy w przestrzeń powietrzną Omanu. W Salalah wylądowaliśmy, według tutejszego czasu, o godzinie 16:00.

Salalah to drugie co do wielkości miasto Omanu i stolica południowego regionu Dhofar, położona nad Morzem Arabskim. Jest znana z wyjątkowego klimatu monsunowego khareef, który latem zamienia okolicę w zieloną, chłodniejszą oazę – zupełnie inną niż pustynny obraz reszty kraju. Miasto ma długą historię związaną z handlem kadzidłem i od wieków było ważnym punktem na szlakach handlowych Oceanu Indyjskiego. Dziś Salalah łączy nowoczesność z tradycją: spokojne tempo życia, szerokie plaże, palmy kokosowe i zapach kadzidła tworzą jego charakterystyczną atmosferę. Salalah często nazywana jest również perfumeryjną stolicą Arabii, ze względu na tradycję frankincense i jego aromat. Frankincense to po polsku kadzidło olibanowe (w Omanie nazywane luban). Jest to naturalna żywica aromatyczna pozyskiwana z drzew z rodzaju Boswellia. Najcenniejsza odmiana pochodzi właśnie z południa Omanu, z tutejszego regionu. Żywicę uzyskuje się przez nacinanie kory drzewa, z której wypływa mlecznobiała substancja, która po zastygnięciu tworzy małe, jasnożółte lub bursztynowe „łzy”. Po spaleniu wydziela ona ciepły, żywiczny, lekko cytrusowy i balsamiczny zapach. Od tysięcy lat frankincense było palone jako kadzidło (w domach, świątyniach, meczetach), używane do perfum i olejków, traktowane jak towar luksusowy, cenniejszy kiedyś niż złoto oraz wykorzystywane w medycynie i miejscowych rytuałach.

O tym, że Salalah perfumami stoi mogliśmy się przekonać na własnej skórze (i to dosłownie) już dzisiaj, kiedy poszliśmy coś zjeść do miejscowej galerii handlowej. Zanim doszliśmy do strefy z jedzeniem, byliśmy kilka razy zatrzymywani przez sprzedawców najróżniejszego rodzaju perfum, którzy dawali nam próbki zapachów do powąchania. Zapachy były naprawdę bardzo ładne i, choć nie zamierzałem w Omanie kupować perfum, to teraz poważnie się zastanawiam nad ich zakupem. Jutro cały dzień będziemy zwiedzać miasto, więc zapewne będziemy mieli nie raz okazję kupić miejscowe wyroby, w tym również i perfumy.

piątek, 19 grudnia 2025

Wigilia klasowa









Ostatnie dni w szkole przed końcem roku upłynęły na wystawianiu ocen semestralnych, ale nie zapomnieliśmy także o zbliżających się świętach. W ubiegłym tygodniu rozdawaliśmy sobie prezenty mikołajkowe, a wczoraj klasa 3a przedstawiła dla całej szkoły jasełka. Później moja klasa przygotowała naszą klasową Wigilię. W tym roku mamy w klasie prawdziwą, żywą choinkę, a na Wigilii nie zabrakło opłatka, życzeń świątecznych, pierogów z kapustą i grzybami, pysznych ciast oraz owoców i napojów. Paula zrobiła również uwielbianą przez klasę foccacię. Nie było tylko barszczu, ale może za rok się pojawi...

A po naszej klasowej Wigilii, mieliśmy jeszcze wigilijne spotkanie nauczycieli. Dzisiaj był już ostatni dzień szkoły przed przerwą świąteczną. Z moją klasą zobaczę się dopiero w Nowym Roku.

niedziela, 23 listopada 2025

Maroko – dzień 12 – Marrakesz i powrót do Polski









Dzisiaj po śniadaniu zwiedzaliśmy Marrakesz z lokalnym przewodnikiem. Najpierw poszliśmy na plac Jemaa el-Fna. Jego historia sięga XI wieku, kiedy to założono miasto. Początkowo pełnił funkcję rynku i miejsca zgromadzeń publicznych, a z czasem stał się centrum życia społecznego i kulturalnego. Przez wieki na placu odbywały się targi, pokazy artystyczne, a także uroczystości religijne i polityczne. Dziś Jemaa el-Fna zachowuje swoją historyczną rolę, będąc miejscem spotkań, handlu i występów ulicznych, co sprawiło, że został wpisany na Listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.

Z placu weszliśmy w wąskie uliczki medyny i krążyliśmy nimi dłuższą chwilę, by dotrzeć do pałacu El Bahia, a następnie pałacu El Badi. Zwiedzaliśmy tylko pierwszy z nich. Oba należą do najważniejszych zabytków miasta i ukazują dwa różne oblicza marokańskiej architektury i historii. El Bahia, wzniesiony pod koniec XIX wieku dla wezyra Bou Ahmeda, jest przykładem bogatej, dekoracyjnej architektury marokańskiej. Kompleks składa się z eleganckich dziedzińców, zacienionych ogrodów i sal ozdobionych misternymi stiukami, cedrowymi sufitami oraz kolorowymi mozaikami zellij. Pałac miał być „cudem sztuki”, a jego nazwa – „Bahia”, czyli „Olśniewająca” – dobrze oddaje charakter przestrzeni zaprojektowanej z przepychem, ale też z myślą o intymności i komforcie mieszkańców.

El Badi, z kolei, jest monumentalną ruiną dawnego pałacu sułtana Ahmeda al-Mansura z końca XVI wieku. Zbudowany z ogromnym rozmachem dzięki bogactwu pochodzącemu z handlu i podatków, był kiedyś jednym z najbardziej imponujących pałaców w świecie islamskim, pełnym marmurów sprowadzanych z Włoch, złoconych dekoracji i rozległych basenów. Dziś niestety stanowi tylko rozległą, otwartą przestrzeń ruin, które pozwalają jedynie wyobrazić sobie jego dawną świetność. W ruinach pałacu można zobaczyć gniazdujące na murach bociany.

Z pałaców udaliśmy się do pobliskiej nekropolii Saadytów. Jest to jedno z najcenniejszych miejsc historycznych Marrakeszu, odkryte ponownie dopiero w 1917 roku, gdy francuscy archeolodzy znaleźli ukryte za zamurowanym wejściem bogato zdobione komnaty grobowe dynastii Saadytów. Nekropolia powstała głównie w XVI i na początku XVII wieku, w okresie świetności panowania sułtana Ahmeda al-Mansura. Kompleks składa się z dwóch głównych mauzoleów i otaczającego je cmentarza, gdzie spoczywają członkowie rodziny królewskiej, dostojnicy oraz żołnierze. Najbardziej znane jest Mauzoleum Trzech Sal, zwłaszcza tzw. Sala Dwunastu Kolumn, uznawana za arcydzieło marokańskiej sztuki cmentarnej. Sali tej jednak nie obejrzeliśmy, gdyż trzeba było stać w bardzo długiej kolejce, która dodatkowo bardzo wolno się poruszała i nikomu z naszej grupy nie chciało się czekać. Na zewnątrz, w ogrodach, znajdują się liczne groby z charakterystycznymi ceramicznymi płytkami.

Z nekropolii udaliśmy się pod Meczet Koutubija. Ten ikoniczny symbol Marrakeszu i jeden z najważniejszych zabytków islamskiej architektury w Maroku został zbudowany w XII wieku przez dynastię Almohadów. najpierw w 1147 roku, przez kalifa Abd al-Mu’mina, a później przebudowany i ukończony za rządów sułtana Ja’kuba al-Mansura około roku 1199 roku, aby poprawić orientację w kierunku Mekki. Po przebudowie okazało się jednak, że zamiast poprawić orientację, to jeszcze bardziej ją zaburzono…

Meczet wznosi się na planie prostokąta o wymiarach około 90 × 60 m, a jego modlitewna sala dzieli się na 17 naw wspartych na 112 kolumnach. Elewacje wykonano z piaskowca i cegły, a wnętrze cechuje surowość dekoracyjna, zgodna ze stylem Almohadów. Dominują geometryczne motywy, łuki podkowiasto-horseshoe oraz minimalizm ornamentacji. Do meczetu, jak zresztą do wszystkich meczetów w Maroku (oprócz jedynego w Casablance, który zwiedzaliśmy) mogą wchodzić tylko i wyłącznie muzułmanie. Najbardziej charakterystycznym elementem meczetu jest wysoki minaret o wysokości około 77 metrów. Ma on kwadratową podstawę, a w środku prowadzą rampy, a nie schody, co umożliwiało wjazd muezzinowi konno, aby wzywać do modlitwy. Nazwa „Koutubija” pochodzi od arabskiego słowa kūtubiyyīn, czyli „księgarze”, co odnosi się do targowiska ksiąg, które kiedyś funkcjonowało wokół meczetu. Choć wnętrze meczetu jest zarezerwowane tylko dla muzułmanów, to turyści mogą podziwiać jego imponującą sylwetkę z zewnątrz oraz spacerować po przylegających do niego ogrodach.

Po obejrzeniu meczetu ponownie zagubiliśmy się w wąskich uliczkach medyny, by po kilkunastu minutach wyjść na Plac Rahba Kedima, znany też jako „Place des Épices” (Plac Przypraw). Jest to jedna z najbardziej fascynujących przestrzeni medyny Marrakeszu. Historycznie pełnił on bardzo ważną rolę handlową. Był centrum wymiany towarów, a według niektórych źródeł funkcjonował jako punkt handlu już od XI wieku. W przeszłości plac zmieniał swoje oblicza. Aż do początku XX wieku służył m.in. jako rynek niewolników. Apogeum aukcji niewolniczych miało tu miejsce do około 1920 roku. Z czasem Rahba Kedima przekształcił się w tętniący życiem targ ziołowy i przyprawowy, otoczony przez manufaktury i suki specjalizujące się w różnych rzemiosłach: metaloplastyce, stolarstwie oraz tradycyjnym ziołolecznictwie. Na placu działają setki stoisk i sklepików. Według najnowszych danych w jego obrębie działa prawie 300 spółdzielni rzemieślniczych, co sprawia, że jest on jednym z handlowych epicentrów medyny. W ofercie kupców znajdują się zarówno kulinarne przyprawy, jak kminek, cynamon, szafran, znane mieszanki jak ras el hanout — jak i produkty aptekarzy: suszone zioła, korzenie, kosmetyki roślinne, a nawet suszone jaszczurki albo inne egzotyczne składniki tradycyjnej medycyny ludowej.

Współcześnie plac jest doceniany nie tylko przez mieszkańców, ale i turystów – w 2022 roku magazyn National Geographic uznał go za jeden z najbardziej fascynujących rynków przypraw na świecie. Wokół placu znajdują się też sklepy z haftowanymi berberyjskimi kapeluszami i plecionkami, a w jego centralnej części sprzedawane są ręcznie robione koszyki i tkaniny. Atmosfera Rahba Kedima jest bardzo zmysłowa: unosi się tu zapach przypraw, suszonych roślin i olejków, a różnorodna kolorystyka stoisk tworzy niezapomniany obraz.

Po zwiedzeniu placu wróciliśmy na plac Jemma el-Fna i potem mieliśmy jeszcze ponad 2 godziny czasu wolnego na indywidualne eksplorowanie medyny. Ula wykorzystała go na zrobienie sobie tatuażu z henny, a ja w tym czasie poszedłem do barbera i wypielęgnowałem sobie całą głowę. Później musieliśmy jeszcze wydać marokańskie dirhamy, które nam pozostały, więc poszliśmy na ostatnie zakupy. O 15:00 mieliśmy zbiórkę przy autokarze i pojechaliśmy już na lotnisko. Nasza przygoda z Marokiem dobiegała już niestety końca. Pozostał nam już tylko powrót do zimowej Polski.

Samolot wystartował z półgodzinnym opóźnieniem związanym z dużym ruchem lotniczym nad Europą. Wylecieliśmy praktycznie równo z zachodem słońca. Po drodze miałem szczęście, bo siedziałem przy oknie i akurat z mojej strony mijaliśmy ładnie oświetloną Cieśninę Gibraltarską. Do Warszawy dolecieliśmy przed północą.

Polecany post

Oman – dzień 1 – przylot do Salalah

Popularne posty