Dzisiaj po śniadaniu zwiedzaliśmy Marrakesz z lokalnym przewodnikiem. Najpierw poszliśmy na plac Jemaa el-Fna. Jego historia sięga XI wieku, kiedy to założono miasto. Początkowo pełnił funkcję rynku i miejsca zgromadzeń publicznych, a z czasem stał się centrum życia społecznego i kulturalnego. Przez wieki na placu odbywały się targi, pokazy artystyczne, a także uroczystości religijne i polityczne. Dziś Jemaa el-Fna zachowuje swoją historyczną rolę, będąc miejscem spotkań, handlu i występów ulicznych, co sprawiło, że został wpisany na Listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.


Z placu weszliśmy w wąskie uliczki medyny i krążyliśmy nimi dłuższą chwilę, by dotrzeć do pałacu El Bahia, a następnie pałacu El Badi. Zwiedzaliśmy tylko pierwszy z nich. Oba należą do najważniejszych zabytków miasta i ukazują dwa różne oblicza marokańskiej architektury i historii. El Bahia, wzniesiony pod koniec XIX wieku dla wezyra Bou Ahmeda, jest przykładem bogatej, dekoracyjnej architektury marokańskiej. Kompleks składa się z eleganckich dziedzińców, zacienionych ogrodów i sal ozdobionych misternymi stiukami, cedrowymi sufitami oraz kolorowymi mozaikami zellij. Pałac miał być „cudem sztuki”, a jego nazwa – „Bahia”, czyli „Olśniewająca” – dobrze oddaje charakter przestrzeni zaprojektowanej z przepychem, ale też z myślą o intymności i komforcie mieszkańców.








El Badi, z kolei, jest monumentalną ruiną dawnego pałacu sułtana Ahmeda al-Mansura z końca XVI wieku. Zbudowany z ogromnym rozmachem dzięki bogactwu pochodzącemu z handlu i podatków, był kiedyś jednym z najbardziej imponujących pałaców w świecie islamskim, pełnym marmurów sprowadzanych z Włoch, złoconych dekoracji i rozległych basenów. Dziś niestety stanowi tylko rozległą, otwartą przestrzeń ruin, które pozwalają jedynie wyobrazić sobie jego dawną świetność. W ruinach pałacu można zobaczyć gniazdujące na murach bociany.




Z pałaców udaliśmy się do pobliskiej nekropolii Saadytów. Jest to jedno z najcenniejszych miejsc historycznych Marrakeszu, odkryte ponownie dopiero w 1917 roku, gdy francuscy archeolodzy znaleźli ukryte za zamurowanym wejściem bogato zdobione komnaty grobowe dynastii Saadytów. Nekropolia powstała głównie w XVI i na początku XVII wieku, w okresie świetności panowania sułtana Ahmeda al-Mansura. Kompleks składa się z dwóch głównych mauzoleów i otaczającego je cmentarza, gdzie spoczywają członkowie rodziny królewskiej, dostojnicy oraz żołnierze. Najbardziej znane jest Mauzoleum Trzech Sal, zwłaszcza tzw. Sala Dwunastu Kolumn, uznawana za arcydzieło marokańskiej sztuki cmentarnej. Sali tej jednak nie obejrzeliśmy, gdyż trzeba było stać w bardzo długiej kolejce, która dodatkowo bardzo wolno się poruszała i nikomu z naszej grupy nie chciało się czekać. Na zewnątrz, w ogrodach, znajdują się liczne groby z charakterystycznymi ceramicznymi płytkami.






Z nekropolii udaliśmy się pod Meczet Koutubija. Ten ikoniczny symbol Marrakeszu i jeden z najważniejszych zabytków islamskiej architektury w Maroku został zbudowany w XII wieku przez dynastię Almohadów. najpierw w 1147 roku, przez kalifa Abd al-Mu’mina, a później przebudowany i ukończony za rządów sułtana Ja’kuba al-Mansura około roku 1199 roku, aby poprawić orientację w kierunku Mekki. Po przebudowie okazało się jednak, że zamiast poprawić orientację, to jeszcze bardziej ją zaburzono…




Meczet wznosi się na planie prostokąta o wymiarach około 90 × 60 m, a jego modlitewna sala dzieli się na 17 naw wspartych na 112 kolumnach. Elewacje wykonano z piaskowca i cegły, a wnętrze cechuje surowość dekoracyjna, zgodna ze stylem Almohadów. Dominują geometryczne motywy, łuki podkowiasto-horseshoe oraz minimalizm ornamentacji. Do meczetu, jak zresztą do wszystkich meczetów w Maroku (oprócz jedynego w Casablance, który zwiedzaliśmy) mogą wchodzić tylko i wyłącznie muzułmanie. Najbardziej charakterystycznym elementem meczetu jest wysoki minaret o wysokości około 77 metrów. Ma on kwadratową podstawę, a w środku prowadzą rampy, a nie schody, co umożliwiało wjazd muezzinowi konno, aby wzywać do modlitwy. Nazwa „Koutubija” pochodzi od arabskiego słowa kūtubiyyīn, czyli „księgarze”, co odnosi się do targowiska ksiąg, które kiedyś funkcjonowało wokół meczetu. Choć wnętrze meczetu jest zarezerwowane tylko dla muzułmanów, to turyści mogą podziwiać jego imponującą sylwetkę z zewnątrz oraz spacerować po przylegających do niego ogrodach.




Po obejrzeniu meczetu ponownie zagubiliśmy się w wąskich uliczkach medyny, by po kilkunastu minutach wyjść na Plac Rahba Kedima, znany też jako „Place des Épices” (Plac Przypraw). Jest to jedna z najbardziej fascynujących przestrzeni medyny Marrakeszu. Historycznie pełnił on bardzo ważną rolę handlową. Był centrum wymiany towarów, a według niektórych źródeł funkcjonował jako punkt handlu już od XI wieku. W przeszłości plac zmieniał swoje oblicza. Aż do początku XX wieku służył m.in. jako rynek niewolników. Apogeum aukcji niewolniczych miało tu miejsce do około 1920 roku. Z czasem Rahba Kedima przekształcił się w tętniący życiem targ ziołowy i przyprawowy, otoczony przez manufaktury i suki specjalizujące się w różnych rzemiosłach: metaloplastyce, stolarstwie oraz tradycyjnym ziołolecznictwie. Na placu działają setki stoisk i sklepików. Według najnowszych danych w jego obrębie działa prawie 300 spółdzielni rzemieślniczych, co sprawia, że jest on jednym z handlowych epicentrów medyny. W ofercie kupców znajdują się zarówno kulinarne przyprawy, jak kminek, cynamon, szafran, znane mieszanki jak ras el hanout — jak i produkty aptekarzy: suszone zioła, korzenie, kosmetyki roślinne, a nawet suszone jaszczurki albo inne egzotyczne składniki tradycyjnej medycyny ludowej.




Współcześnie plac jest doceniany nie tylko przez mieszkańców, ale i turystów – w 2022 roku magazyn National Geographic uznał go za jeden z najbardziej fascynujących rynków przypraw na świecie. Wokół placu znajdują się też sklepy z haftowanymi berberyjskimi kapeluszami i plecionkami, a w jego centralnej części sprzedawane są ręcznie robione koszyki i tkaniny. Atmosfera Rahba Kedima jest bardzo zmysłowa: unosi się tu zapach przypraw, suszonych roślin i olejków, a różnorodna kolorystyka stoisk tworzy niezapomniany obraz.






Po zwiedzeniu placu wróciliśmy na plac Jemma el-Fna i potem mieliśmy jeszcze ponad 2 godziny czasu wolnego na indywidualne eksplorowanie medyny. Ula wykorzystała go na zrobienie sobie tatuażu z henny, a ja w tym czasie poszedłem do barbera i wypielęgnowałem sobie całą głowę. Później musieliśmy jeszcze wydać marokańskie dirhamy, które nam pozostały, więc poszliśmy na ostatnie zakupy. O 15:00 mieliśmy zbiórkę przy autokarze i pojechaliśmy już na lotnisko. Nasza przygoda z Marokiem dobiegała już niestety końca. Pozostał nam już tylko powrót do zimowej Polski.
Samolot wystartował z półgodzinnym opóźnieniem związanym z dużym ruchem lotniczym nad Europą. Wylecieliśmy praktycznie równo z zachodem słońca. Po drodze miałem szczęście, bo siedziałem przy oknie i akurat z mojej strony mijaliśmy ładnie oświetloną Cieśninę Gibraltarską. Do Warszawy dolecieliśmy przed północą.