Ostatni dzień pobytu w Biebrzańskim Parku Narodowym przywitał nas pochmurną pogodą. Przed śniadaniem nawet chwilę popadał deszcz, na szczęście był on niewielki. Po śniadaniu, zanim wyruszyliśmy zwiedzać kolejne szlaki, za zgodą gospodyni zebraliśmy jeszcze dla siebie po kilka jabłek z tutejszych jabłoni, które w tym roku wyjątkowo obrodziły. Na polu obok pasły się również piękne koniki, które podeszły do nas, jak tylko pokazaliśmy im, że mamy dla nich jabłka. Aż miło było patrzeć i słuchać, jak wcinają je ze smakiem. Robertowi udało się też polatać chwilę dronem, bo wczoraj nad Goniądzem i okolicą był zakaz lotów, a dzisiaj okazało się, że już można latać. Około 10:30 ruszyliśmy w końcu spod Domu Piotra. Najpierw chcieliśmy zobaczyć Twierdzą Osowiec, ale okazało się, że obecnie cały teren wokół twierdzy jest ogrodzony zasiekami i nie ma żadnej możliwości zobaczenia twierdzy. Zatrzymaliśmy się na parkingu w lesie, przy Carskiej Drodze i poszliśmy lasem w stronę twierdzy. Okazało się, że mogliśmy przejść zaledwie kilkadziesiąt metrów, po czym doszliśmy do gęstych zasieków z drutów i musieliśmy zawrócić. Jedyną korzyścią naszej wędrówki przez las było to, że znaleźliśmy trochę grzybów – kilka podgrzybków i kurek. Kontynuując jazdę Carską Drogą pojechaliśmy jeszcze kilka kilometrów przez las w stronę Biebrzy, licząc na to, że zobaczymy jakieś fragmenty twierdzy lub chociaż bunkry, ale nie było to nam dzisiaj pisane. Przejechaliśmy natomiast pięknym fragmentem lasu, obok osady o nazwie Olszowa Droga.
Po
powrocie na Carską Drogę dojechaliśmy pojechaliśmy w kierunku leśnego parkingu
w miejscowości Barwik, skąd wybraliśmy się na szlak prowadzący z Barwika do
miejscowości Gugny. Cały szlak ma około 9,5 km długości. Od parkingu czerwony
szlak prowadzi przez las. Ten początkowy fragment jest stosunkowo łatwy i
pokrywa się z zieloną ścieżką przyrodniczą. Po drodze zmieniają się siedliska –
przechodzi się kolejno przez bór sosnowy, ols, łęg, a następnie coraz bardziej
otwarte i podmokłe tereny. Ścieżka w końcu dochodzi do wieży widokowej na
uroczysku Barwik, określanej również jako wieża na Grądziku Występ. Jest to
jeden z najciekawszych punktów całej trasy. Z wieży otwiera się widok na
ogromne, charakterystyczne dla Biebrzy torfowiska i dolinę niewielkiej rzeczki Kosódki.
Oprócz ładnych widoków na okolicę dostrzegłem również rosnące w trawie 3
wielkie kanie. Teoretycznie w parku narodowym nie wolno zbierać grzybów, ale…
zerwałem je, a także kilka rosnących obok podgrzybków zajączków.
Od
wieży zaczyna się zupełnie inny charakter wędrówki. Szlak kieruje się w stronę
rzeki Kosódki. Zaczyna się teren zdecydowanie bardziej otwarty. Znika las, a
pojawiają się turzycowiska, trzciny i podmokłe łąki. Nie jest to typowy szlak z
wyraźną ścieżką widoczną cały czas pod nogami. Na dalszym odcinku jego oznakowanie
znajduje się na tyczkach, ponieważ w otwartym terenie brakuje drzew, na których
można byłoby umieścić klasyczne znaki. BPN oraz lokalni przewodnicy wyraźnie
ostrzegają, że właśnie z tego powodu można łatwo zgubić przebieg szlaku i nie
jest on zalecany dla osób o słabej orientacji w terenie. My postanowiliśmy być
twardzi. Od spotkanych wcześniej na szlaku pań wiedzieliśmy tylko, że szlak
jest dzisiaj do przejścia suchą nogą, co nie zawsze jest takie oczywiste.
Szczególnie wiosną oraz po dużych opadach deszczu, cała okolica znajduje się po
prostu pod wodą i żeby przejść tym odcinkiem szlaku trzeba mieć na sobie
wysokie kalosze, a czasem nawet wodery. Jest to zarazem najciekawszy i
najtrudniejszy fragment szlaku, dlatego nie chcieliśmy odpuścić sobie tej
przyjemności.
Po przekroczeniu Kosódki szlak prowadzi przez rozległe, niemal bezdrożne tereny Bagien Biebrzańskich. Jego przebieg wyznaczony jest kolejnymi, ponumerowanymi co 100 metrów tyczkami, które kilka razy zgubiliśmy. W zależności od aktualnego poziomu wody sytuacja może być bardzo różna – czasami można przejść względnie suchą trasą, a w innych okresach pojawiają się zalane lub bardzo grząskie fragmenty. W materiałach dotyczących tego szlaku pojawia się nawet zalecenie korzystania z przewodnika. Po drodze przechodzi się przez uroczysko Kaliszek, cały czas przemieszczając się przez otwarty krajobraz bagienny. Nie był to więc zwykły spacer „leśną ścieżką”, tylko raczej wędrówka przez dziką dolinę Biebrzy, gdzie trzeba było cały czas obserwować oznakowanie. Momentami ścieżka prowadziła pośród gęstych trzcin, których wysokość przekraczała 2 metry i tyczki ciężko było w ogóle dostrzec. Były fragmenty, kiedy musieliśmy sobie pomagać nawigacją w telefonie. Po przejściu kilku kilometrów teren staje się nieco bardziej suchy i szlak dochodzi do Gugn. Koniec czerwonego szlaku znajduje się przy Carskiej Drodze. Powrót na parking nie jest już szlakiem pieszym przez bagna, tylko prowadzi Carską Drogą w kierunku Barwika.
Po drodze znaleźliśmy kilka kolejnych, dorodnych kań. Przechodziliśmy również przez miejscowość Dobarz, w której zobaczyliśmy ładną karczmę „Dwór Dobarz”, do której postanowiliśmy przyjechać na obiad. Jeszcze przed samym parkingiem skręciliśmy nieco wcześniej na pola, bo wydawało nam się, że w oddali pasą się żubry. Gdy podeszliśmy do nich bliżej okazały się one być wyjątkowo dużymi bykami. Na szczęście nie zainteresowały się nami i spokojnie mogliśmy odejść, kierując się na skróty lasem, w którym po drodze znów znaleźliśmy kilka grzybów, tym razem tylko podgrzybków. Przez cały dzień udało mi się nazbierać całkiem sporo grzybów. Zrobię sobie jutro pyszny sosik grzybowy z makaronem. W końcu, po ponad 3 godzinach wędrówki dotarliśmy na parking do naszego samochodu. Pętla, którą dzisiaj zrobiliśmy miała ponad 13 kilometrów długości! Pogoda w miarę nam dopisała. Co prawda były momenty, kiedy padał lekki deszcz, ale nie był on na tyle intensywny, żeby zniechęcił nas do wędrówki. Poza tym było dzisiaj dość ciepło i nie było mocnego wiatru, którego rano się trochę obawialiśmy.
Chwilę
później podjechaliśmy pod wspomniany już wyżej „Dwór Dobarz” na obiad, który
okazał się wyjątkowo pyszny. Inga z Robertem jedli żurek i kopytka w sosie
kurkowym, a ja zamówiłem sobie strogonowa z jelenia z plackami ziemniaczanymi.
Na deser zjedliśmy lody i ciastka, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę, już w
kierunku Warszawy. Ale po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę w dwóch
miejscach. Oba znajdowały się tuż przy Carskiej Drodze, którą jechaliśmy.
Pierwszym miejscem była wieża widokowa ,,Bagno Ławki”. Wieża nie jest szczególnie wysoka,
ale jej położenie sprawia, że warto się przy niej na chwilę zatrzymać. Z góry dobrze
widać rozległość Bagna Ławki, którego powierzchnia jest tak duża, że stojąc na
poziomie terenu trudno sobie uświadomić, jak ogromny jest to obszar. Przy
dobrej widoczności można obserwować charakterystyczne dla doliny Biebrzy
otwarte przestrzenie, a także liczne ptaki związane z terenami podmokłymi.
Kilkaset metrów dalej znajduje się natomiast Ścieżka „Długa Luka”. To jedna z
najkrótszych ścieżek w Biebrzańskim Parku Narodowym. Ma zaledwie 400 metrów i
prowadzi drewnianą kładką w głąb Bagna Ławki, największego kompleksu torfowisk
niskich w dolinie Biebrzy. Kładka prowadzi przez otwarte torfowisko. Z kładki
widać rozległe, otwarte torfowiska, szuwary i podmokłe łąki. Jest to także
dobre miejsce do obserwacji ptaków. Park wskazuje szczególnie na wodniczkę i
uszatkę błotną, czyli gatunki związane z rozległymi terenami podmokłymi. Długa
Luka jest szczególnie ciekawa rano lub późnym popołudniem, kiedy na otwartych
bagnach łatwiej wypatrzyć zwierzęta. W połączeniu z pobliską wieżą widokową
Bagno Ławki daje bardzo dobry, krótki „pakiet” przyrodniczy: najpierw można
wejść kładką w torfowisko, a później obejrzeć cały ogrom Bagna Ławki z góry.
BPN podaje, że właśnie z wieży w okresie letnim istnieje duża szansa na
obserwację łosi. My ich niestety podczas naszego weekendowego pobytu nie
zobaczyliśmy…
To już był ostatni punkt naszej weekendowej wycieczki po Biebrzańskim Parku Narodowym. Stąd do Warszawy pozostało nam niecałe 200 kilometrów drogi. Niedługo po wjechaniu na S8 mocno się rozpadało i deszcz towarzyszył nam już prawie do samej Warszawy. Dopiero kilkanaście kilometrów przed stolicą przestało padać i przez chwilę mogliśmy nawet obserwować bardzo ładny zachód słońca. Do domu dojechaliśmy około godziny 19:30. To był kolejny bardzo miło spędzony weekend poza domem.