środa, 22 lipca 2026

Indonezja – dzień 5 – Punthuk Setumbu Hill, Borobudur, Wulkan Merapi i Fort Vredeburg

Na zbiórkę o 3 rano wszyscy przyszli punktualnie. Przed wyjazdem dostaliśmy pakiety śniadaniowe, które były naprawdę bardzo smaczne. Zazwyczaj takie pakiety, to jakaś bułka, coś do picia i jakiś owoc oraz batonik. W naszych dzisiejszych pakietach były ciepłe jeszcze ryż z przyprawami, kurczak i kiełbaski, a także chipsy krewetkowe, mandarynka i picie. Naprawdę można było się najeść. Pierwszym punktem dzisiejszego dnia był Punthuk Setumbu Hill. Punthuk Setumbu to jedno z najpiękniejszych miejsc widokowych na wyspie Jawa. Niewielkie wzgórze stało się popularne przede wszystkim dzięki niezwykłym widokom o wschodzie słońca, kiedy krajobraz Jawy nabiera magicznego charakteru.

Po godzinie jazdy dotarliśmy na parking pod szczytem. Ponieważ mieliśmy jeszcze sporo czasu, to usiedliśmy sobie wypić poranną kawę. Aby dotrzeć na sam szczyt Punthuk Setumbu, musieliśmy pokonać jeszcze krótki, kilkunastominutowy odcinek pieszo. Dzięki temu, że byliśmy jednymi z pierwszych osób i do punktu doszliśmy jeszcze przed świtem, to mogliśmy zająć najlepsze miejsca na platformie widokowej. Gdy robi się już jasno i pierwsze promienie słońca przebijają się przez poranną mgłę, oczom ukazuje się jeden z najbardziej znanych widoków Indonezji – sylwetka świątyni Borobudur otoczona chmurami, lasami i górami. Przy dobrej pogodzie ze wzgórza można również dostrzec majestatyczne wulkany Jawy – Merapi i Merbabu. Dzisiaj dobrze widać było tylko ten drugi, bo Merapi schowany był za chmurami i tylko krótkimi momentami można było dostrzec jego niewielkie fragmenty. Połączenie zielonej doliny, porannej mgły, buddyjskiej świątyni oraz stożków wulkanów tworzy krajobraz, który często uznawany jest za jeden z najpiękniejszych na całej wyspie. Punthuk Setumbu było dawniej mało znanym lokalnym miejscem, jednak dzięki fotografiom publikowanym przez podróżników i influenserów zyskało ostatnio światową popularność. Dziś jest jednym z najchętniej odwiedzanych punktów podczas wycieczek do Borobudur.

Droga ze wzgórza do Świątyni Borobudur zajęła nam kilkanaście minut. Borobudur to jeden z najważniejszych zabytków Indonezji i największa buddyjska świątynia na świecie. Ta monumentalna budowla powstała na przełomie VIII i IX wieku za panowania dynastii Śailendrów, która w tym czasie rządziła środkową Jawą. Świątynia ma niezwykłą formę ogromnej mandali, czyli symbolicznego obrazu wszechświata w buddyzmie. Zbudowana została z ponad dwóch milionów kamiennych bloków i składa się z dziewięciu poziomów: sześciu kwadratowych tarasów oraz trzech okrągłych platform na szczycie. Całość wieńczy centralna stupa symbolizująca osiągnięcie najwyższego poziomu duchowego. Spacer po Borobudur jest jak podróż przez kolejne etapy buddyjskiej drogi do oświecenia. Dolne partie świątyni przedstawiają świat codziennych pragnień i ludzkich słabości, natomiast wyższe poziomy prowadzą ku światu duchowemu. Ściany tarasów zdobią tysiące niezwykle szczegółowych płaskorzeźb, które opowiadają historie z życia Buddy, przedstawiają sceny z dawnych czasów oraz pokazują codzienne życie mieszkańców Jawy sprzed ponad tysiąca lat. Na najwyższych tarasach znajdują się łącznie 72 ażurowe stupy w kształcie kamiennych dzwonów. W każdej z nich ukryty jest posąg Buddy.

Z tego miejsca rozciąga się również wspaniały widok na okoliczne góry, zielone doliny oraz wulkany Jawy, w tym majestatyczny Merapi. Przez wiele stuleci Borobudur pozostawał zapomniany, przykryty warstwą ziemi i roślinności, prawdopodobnie po erupcjach wulkanów oraz po zmianie znaczenia politycznego regionu. Odkryto go ponownie w XIX wieku, a w XX wieku przeprowadzono wielką akcję renowacji, w której brała udział m.in. organizacja UNESCO. W 1991 roku Borobudur został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dziś Borobudur jest nie tylko miejscem historycznym, ale także ważnym centrum buddyjskim. Szczególnie wyjątkowo wygląda o wschodzie słońca, gdy pierwsze promienie światła oświetlają stupy, a świątynia wyłania się z porannej mgły. To jedno z najbardziej niezwykłych miejsc Azji Południowo-Wschodniej i obowiązkowy punkt każdej podróży po Jawie.

Po zwiedzeniu świątyni pojechaliśmy na lunch. Nie był to jednak zwykły lunch, bowiem mieliśmy go w dość nietypowym i niezwykłym miejscu. Tym miejscem była restauracja w kształcie… kury. Historia tego niezwykłego miejsca rozpoczęła się pod koniec lat 80. XX wieku. Indonezyjski przedsiębiorca Daniel Alamsjah twierdził, że kilkukrotnie miał ten sam sen, w którym otrzymał polecenie zbudowania na wzgórzu domu modlitwy otwartego dla wszystkich ludzi, niezależnie od wyznawanej religii. W 1988 roku odwiedził okolice Borobudur i rozpoznał wzgórze ze swojego snu. Kilka lat później rozpoczął budowę niezwykłego obiektu nazwanego Bukit Rhema. Budynek miał przypominać gołębicę – symbol pokoju i Ducha Świętego. Jednak mieszkańcy uznali, że bardziej przypomina ogromną kurę lub koguta i od tego czasu zaczęli nazywać go „Kościołem Kury” (Gereja Ayam). Ta potoczna nazwa szybko się przyjęła i dziś jest znana w całej Indonezji. Założeniem twórcy nie było wybudowanie kościoła dla chrześcijan, lecz domu modlitwy dla wszystkich religii. Z obiektu mogli korzystać chrześcijanie, muzułmanie, buddyści, hinduiści czy wyznawcy innych religii, aby modlić się, medytować lub po prostu odnaleźć spokój. W pewnym okresie budynek służył także jako miejsce rehabilitacji osób uzależnionych od narkotyków oraz dzieci z niepełnosprawnościami. Budowa rozpoczęła się w 1992 roku, lecz z powodu kryzysu finansowego i braku funduszy nigdy nie została ukończona. Około 2000 roku prace całkowicie wstrzymano, a opuszczony obiekt przez wiele lat niszczał. Sytuacja zmieniła się dopiero po 2014 roku, gdy rozpoczęto jego renowację i udostępniono go turystom. Ogromną popularność przyniósł mu także indonezyjski film „Ada Apa dengan Cinta? 2” z 2016 roku, którego część scen nakręcono właśnie tutaj. Od tego czasu Bukit Rhema stało się jedną z najczęściej odwiedzanych atrakcji w okolicach Borobudur. Obecnie wewnątrz budynku znajdują się sale wystawowe, pomieszczenia poświęcone historii obiektu, punkty widokowe oraz restauracja i kawiarnia serwujące lokalne przekąski i kawę. Największą atrakcją jest możliwość wejścia na sam szczyt – do charakterystycznej „korony” znajdującej się na głowie ptaka. Z tarasu rozciąga się panorama na wzgórza Menoreh, pola ryżowe oraz odległą świątynię Borobudur.

Po tym nietypowym lunchu pojechaliśmy na dalsze zwiedzanie. Kolejnym punktem dzisiejszego programu była przejażdżka jeepami po stokach wulkanu Merapi. Merapi to jeden z najbardziej znanych i najbardziej aktywnych wulkanów na świecie. Jego nazwa w języku jawajskim oznacza „Górę Ognia” i doskonale oddaje charakter tego potężnego szczytu, który od wieków fascynuje mieszkańców Jawy. Wulkan wznosi się na wysokość około 2900 m n.p.m., będąc jednym z najważniejszych elementów krajobrazu środkowej części wyspy. Merapi jest czynnym stratowulkanem, czyli wulkanem zbudowanym z wielu warstw zastygłej lawy, popiołu i materiałów wulkanicznych. Należy do tzw. Pacyficznego Pierścienia Ognia – obszaru wokół Oceanu Spokojnego, gdzie występuje szczególnie dużo aktywnych wulkanów i trzęsień ziemi. Erupcje Merapi zdarzają się regularnie, a jego aktywność jest stale monitorowana przez indonezyjskich naukowców. Mimo zagrożenia okolice wulkanu są gęsto zamieszkane. Powodem jest niezwykła żyzność gleb powstałych dzięki popiołom wulkanicznym. Na stokach Merapi uprawia się m.in. ryż, warzywa i owoce, a mieszkańcy od pokoleń żyją w cieniu tej majestatycznej góry. W kulturze jawajskiej Merapi ma także znaczenie duchowe – wielu mieszkańców uważa go za miejsce święte, związane z siłami natury i tradycją królewską Yogyakarty. Jednym z najlepszych miejsc do podziwiania Merapi jest okolica Yogyakarty oraz świątyni Borobudur, skąd przy dobrej pogodzie można zobaczyć charakterystyczny stożek wulkanu na tle zielonych pól i lasów.

Jedną z największych tutejszych atrakcji, którą zakupić można praktycznie wszędzie w okolicy, są wycieczki jeepami po terenach dotkniętych dawnymi erupcjami. Właśnie taką wycieczkę mieliśmy dzisiaj. Trwała ona około dwóch godzin. Podczas przejażdżki mieliśmy cztery przystanki. Na pierwszym zobaczyliśmy nieczynny już Bunkier Kaliadem, zbudowany z myślą o ochronie mieszkańców pobliskich wiosek w czasie niespodziewanego wybuchu wulkanu. Został on jednak zamknięty, gdyż nie spełnił nigdy swojej roli, a w czasie erupcji wulkanu w 2006 roku, zginęły w nim dwie osoby, które próbowały się w nim schronić. Bunkier owszem, zatrzymał lawę i zabójcze gazy, jednak ogromna temperatura (ponad 800 stopni Celsjusza), która w nim powstała, doprowadziła do natychmiastowej śmierci osób przebywających w bunkrze. Drugim miejscem był punkt widokowy na wulkan oraz kopalnię materiału wulkanicznego. Zobaczyliśmy tu zastygłe potoki lawy i ogromną ilość tufu wulkanicznego, ale niestety nie zobaczyliśmy samego wulkanu. Był on bowiem dzisiaj całkowicie zakryty chmurami, które nawet na chwilę nie odsłoniły ani kawałka tej majestatycznej góry. Trzeci przystanek był przy Mini Museum Sisa Hartaku, poświęconemu pamięci ofiar wybuchu wulkanu z 2010 roku. Dojeżdżając do niego mogliśmy zobaczyć całkowicie zniszczoną przez erupcję szkołę oraz częściowo opuszczoną wioskę. W samym muzeum, zlokalizowanym w zniszczonym przez erupcję domu, znajdowały się pamiątki po wybuchu wulkanu – znalezione już po erupcji i częściowo zniszczone sprzęty domowe, a także zdjęcia z czasu erupcji i z akcji ratunkowej oraz ceremonii pogrzebowych i upamiętniających ofiary wybuchu. Były również i aktualne zdjęcia, ułożone chronologicznie i ukazujące ostatnią aktywność wulkanu – te najnowsze były z… początku bieżącego miesiąca.

Na ostatni przystanek podczas przejażdżki jeepami część z nas czekała najbardziej, bowiem była to przejażdżka po rzece Gendol. W części jej doliny utworzono specjalny tor dla jeepów, którym w czasie jazdy jedzie się przez wodę. Oczywiście największą atrakcją jest szybkie wjechanie jeepem w wodę, która rozpryskuje się we wszystkie kierunki, a większość z niej spada potem na… uczestników przejażdżki. Nietrudno się domyślić, że z tej atrakcji wróciliśmy do bazy cali mokrzy. Na szczęście wiedzieliśmy o niej wcześniej i mieliśmy ze sobą ciuchy na zmianę, więc na dalszą część dnia jechaliśmy już przebrani.

Do Yogyakarty, w której znajduje się Fort Vredeburg, dojechaliśmy około godziny 18, czyli już po zachodzie słońca. Pierwotnie mieliśmy zwiedzać fort pierwszego dnia., ale że był to poniedziałek, a w poniedziałki fort jest zamknięty, to przełożyliśmy wizytę w nim na dzisiejszy wieczór. I nawet dobrze wyszło, bo wieczorem fort jest bardzo ładnie oświetlony, a zwiedzanie odbywa się przy znacznie mniejszej liczbie osób. Fort Vredeburg został zbudowany przez Holendrów w XVIII wieku. Dawniej miał kontrolować działalność sułtana, dziś mieści się tutaj interesujące muzeum prezentujące historię walk Indonezji o niepodległość.

Po niecałej godzinie zwiedzania wróciliśmy do busików. Część wróciła już do hotelu, a część (w tym i ja z Ulą) pojechała jeszcze na kolację na Jalan Prawirotaman, która często nazywana jest „ulicą backpackerów”. Znajdują się tu klimatyczne pensjonaty, modne kawiarnie, galerie sztuki i niewielkie restauracje serwujące zarówno kuchnię indonezyjską, jak i dania z całego świata. To idealne miejsce na spokojny wieczór przy kawie lub kolacji po dniu pełnym zwiedzania i my dzisiaj tak właśnie zrobiliśmy. Wybraliśmy jedną z knajpek i zjedliśmy w niej pyszną kolację, a przed powrotem do hotelu kupiliśmy sobie jeszcze lody.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz