Wszystkie prognozy pogody już od kilku dni podają, że dzisiejszy dzień ma być ostatnim w tym roku dniem mroźnej zimy. Już od dzisiejszego wieczora ma zacząć się odwilż, a zarówno w ciągu dnia, jak i nocą temperatury mają być znacznie powyżej zera stopni. Wygląda więc na to, że wyjątkowo mroźna i śnieżna tegoroczna zima żegna się z nami, a jej miejsce zajmie w końcu wyczekiwane przez wielu przedwiośnie.
Znając te prognozy wpadłem w czwartek na pomysł, żeby pojechać dzisiaj nad Babant. Odkąd pamiętam chciałem zobaczyć, jak wygląda nasze jezioro zimą oraz chciałem pochodzić sobie po jego zamarzniętej tafli. Jakoś nigdy nie było okazji i dobrej pogody, aż do dzisiaj. Nie pojechałem jednak sam. Była ze mną Ula i Dziadurowie z psami. Jechaliśmy "starą" drogą, a podróż minęła nam szybko, bo droga była puściutka. Baliśmy się trochę, czy droga przez las będzie przejezdna, ale okazało się, że na całej długości była ładnie ubita przez przejeżdżające po niej wcześniej samochody. Zatrzymaliśmy sie na górce od strony Rybna i nad jezioro zeszliśmy już na piechotę.
Nad jeziorem świeciło jeszcze przez jakiś czas słońce i było bajkowo. Cała tafla jeziora pokryta była kilkucentymetrową warstewką świeżego, białego puchu, pod którą znajdował się lód. Poszliśmy sobie na spacer, prawie na sam środek jeziora. Potem przeszliśmy sie po całym polu namiotowym. W wielu miejscach na ziemi leżały grube, sosnowe gałęzie, które musiały spaść podczas silnej jesiennej wichury lub pod ciężarem ciężkiego, mokrego śniegu. Na górce leży z kolei na ziemi, złamana na wysokości kilku metrów nad ziemią, duża i gruba sosna. Gdy wracaliśmy do samochodu to słońce schowało się już za chmury, które zwiastowały rychłe nadejście opadów i ciepłego frontu atmosferycznego. Po drodze na górkę widzieliśmy w lesie lisa i kunę. Dobrze, że psy ich nie zauważyły, bo pewnie by za nimi pogoniły. Mieliśmy też trochę kłopotów z wyjechaniem samochodem ze śniegu, bo przecież w tym roku nie zmieniłem opon na zimowe, ale po kilku próbach daliśmy w końcu radę i mogliśmy ruszyć z powrotem.
Wracaliśmy tym razem drogą na Rybno. Okazało się, że była dużo mniej przyjemna do jazdy niż ta od storny Rańska, bowiem sporymi fragmentami prowadziła po wyjeżdżonych, lodowych koleinach, ale dzięki temu jechało się po nich jak po szynach i nie musiałem się martwić, że wpadnę w poślizg. Zdecydowaliśmy się wracać dłuższą drogą, ale za to szybszą, czyli przez Nidzicę i potem S7, bo chcieliśmy zobaczyć, jak wygląda oddana niedawno do użytku ekspresówka od Płońska do Czosnowa. Niedługo po wyjechaniu z leśnej drogi zaczął padać śnieg, który towarzyszył nam już przez całą drogę powrotną. Ponieważ na zewnątrz był jeszcze kilkustopniowy mróz, to droga nie była bardzo śliska i jechało się w miarę normalnie. Do Warszawy dojechaliśmy po godzinie 16:00. To był bardzo miło spędzony dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz